Ludzie z masła
Giovannino Tracidni, wielki podróżnik i słynny badacz, trafił pewnego razu do kraju ludzi z masła. Na słońcu się topili, musieli żyć zawsze w chłodzie, i mieszkali w mieście, gdzie zamiast domów było całe mnóstwo lodówek. Giovannino szedł ulicami i widział tych ludzi, patrzących w okienka swoich lodówek, z torbami lodu na głowach. Na drzwiczkach każdej lodówki był telefon do rozmowy z lokatorem.
— Halo.
— Halo.
— Kto mówi?
— Jestem królem ludzi z masła. Śmietana tylko najwyższej jakości. Mleko od krowy szwajcarskiej. Przyjrzałeś się dobrze mojej lodówce?
— Kurczę, to bryła złota! Ale nigdy pan z niej nie wychodzi?
— W zimie, gdy jest wystarczająco chłodno, w samochodzie z lodu.
— A jeśli przypadkiem słońce nagle wyjdzie zza chmur podczas gdy Wasza Wysokość idzie na spacerki?
— Nie może, to nie jest dozwolone. Wsadziłbym je do więzienia z pomocą moich żołnierzy.
— Wow, — powiedział Giovannino. I przeszedł do innego kraju.
Очень осенний набор :). Всё — Trifari, кроме прекрасной норвежской эмали Aksel Holmsen.

Чтобы добраться до центра Парижа и основных достопримечательностей, нам нужно быть использовать метро. В общем-то, оказалось, без метро мы бы всё равно никак не обошлись, потому что Париж (внезапно) большой, и интересности расположены далеко друг от друга. Так что первое, чем мы озаботились утром второго дня, была покупка билетов на метро. Оказалось довольно удобно: билет единый в пределах определенных зон (самый дешевый покрывает, собственно, весь Париж), можно купить сразу на пять дней, что мы и сделали, немного повозившись с автоматом.
Метро в Париже отличное, станций просто дофига, множество веток, часто дублирующих друг друга; к концу путешествия оно нам уже было почти как родное :). Один минус — в центре много народу, толкучка. Но мы ни разу слишком уж не страдали.
На второй день мы решили уже не отвлекаться и сразу броситься в омут с головой, а именно, посмотреть самое сердце Парижа, остров Ситэ. Ну и не только, конечно.
Очень удобно с этой олимпиадой: можно фотографии даже не подписывать :).

Нет ну вот это — Сена, как мы её себе представляли!

Собор Парижской Богоматери — к сожалению, вот в таком виде. Стройка кипит просто вовсю.

Баржа на Сене.

Пишу это 17 сентября :). И всё равно жалко. Жалко солнышка, возможности выскочить на улицу без долгих сборов, катания на моно колесе, открытых окон, лошадей без попон, дорог без снега, батарей без отопления, зеленых деревьев, длинных дней. Я вообще люблю смену времен года, но каждый раз, когда наступает этот последний день и по прогнозу понятно, что на пороге осень, мне очень грустно.
Тем более, лето было просто чудесное... Почти всё время погода была идеальная (только в конце мая попугали жарой). И вот такое длинное. И напоследок лето сделало ещё один подарок, не обрушиваясь сразу в дождливую хтонь, а обещая отступать постепенно.

Теперь только ждать весны.
Kraina z “od” na początku
Giovannino Tracidni był wielkim podróżnikiem. Podróż za podróżą, trafił do kraju z “od” na początku.
— Ale co to za kraj? — spytał on obywatela, zaczerpującego świeżego powietrza pod drzewem.
Obywatel, zamiast odpowiedzi, wyciągnął z kieszeni temperówkę i pokazał ją na otwartej dłoni.
— Widzisz?
— To jest temperówka.
— Wcale nie. Przeciwnie, to jest odtemperówka, czyli temperówka z “od” na początku. Służy do odrastania zużytych ołówków i jest bardzo przydatna w szkołach.
— Wspaniale, — powiedział Giovannino. — A dalej?
— Dalej mamy odwieszak.
— To znaczy wieszak.
— Wieszak jest mało przydatny, jeśli nie ma płaszcza do zawieszenia. Ale z naszym odwieszakiem wszystko jest inaczej. Na niego nie trzeba niczego wieszać, wszystko jest już powieszone. Jeśli pan potrzebuje płaszcza, to niech pan pójdzie i go zdejmie. Gdy ktoś potrzebuje marynarki, wcale nie musi iść po nią do sklepu: idzie do odwieszaka i ją zdejmuje. Są odwieszaki na lato i na zimę, dla mężczyzny i dla kobiety. To pozwala zaoszczędzić dużo pieniędzy.
— Coś niesamowitego. A dalej?
— Dalej mamy aparat odfotograficzny, który zamiast zdjęć robi karykatury, więc się śmiejemy. Dalej mamy odarmatę.
— Brr, to straszne.
— Wręcz odwrotnie. Odarmata jest przeciwieństwem armaty i służy do zakończenia wojny.
— I jak to działa?
— To bardzo proste, poradzi sobie z tym nawet dziecko. Jeżeli pojawi się wojna, gramy na odtrąbce, strzelamy z odarmaty i wojna od razu się kończy.
Co za wspaniały kraj z “od” na początku!
Первый пункт программы выхода в город был очевиден: обед. Мы выбрали более-менее первую попавшуюся кафешку; район у нас не туристический, всё для своих, так что посидели отлично.

Ну а потом мы решили добраться до Сены, и даже более того: до места, где она сливается с Марной. Должно быть красиво! А потом пойдём вниз по Сене, сколько хватит времени и сил, и вернёмся обратно по другому берегу, совершив, таким образом, петлю. Наверняка будет очень романтично.
Вот так и вышло, что мы в первый же день сразу забрались в местные гребеня ))).
До Сены подальше, чем до Венсенского леса, так что по дороге ещё посмотрели, как живёт Париж (строго говоря, это Шарантон-ле-Пон). Вот домики рядом с железной дорогой.

Местное круговое движение.

Железнодорожный мост.

Вид на кривую высотку — высоток в Париже очень мало, видно их, при удачном ракурсе, очень издалека, и мы отныне всегда ориентировались на эту высотку как на "наш район".

Слева виден мост, кстати.
Мы поехали в Париж без всякого плана и без каких-либо ожиданий. Я заранее была настроена скептически: очень большой город, наверняка сплошная пыль и шум. Слава — тот вообще никогда ничего хорошего не ждёт. В общем, парижский синдром нам не грозил. Но прожить жизнь, не увидев одного из главных городов мира, тоже было бы обидно.
Мы выбрали отель недалеко от Сены, чтобы можно было гулять вдоль реки (что показывает, насколько мы не удосужились ничего узнать заранее), а таже поближе к зоопарку :), который, как подсказывала карта, расположен в Венсенском лесу. Место оказалось хорошее, район тихий. А до Венсенского леса — буквально две дороги перейти. Ну мы и перешли.
Ну, это действительно огромный лесопарк, местами более, местами менее облагороженный. Вот такие парижские пейзажи.


Мы ничего особенного не собирались посмотреть, просто гуляли и отдыхали после поездки.

Довольно быстро вышли к озерам, где, конечно, самая красота.

Kraina bez ostrza
Giovannino Tracidni był wielkim podróżnikiem. Podróż za podróżą, pewnego razu trafił do kraju, gdzie narożniki domów były okrągłe, a dachy kończyły się nie kalenicą, a tylko łagodniejszym garbem. Wzdłuż drogi się ciągnął żywopłot róż, i Giovannino wpadł na pomysł, aby włożyć różę do butonierki. Zrywając różę, był bardzo ostrożny, aby się nie ukłuć, ale natychmiast zauważył, że kolce w ogóle nie kłuły, nie miały ostrza, wydawały się gumowe i łaskotały rękę.
— Jak wiejski tasznik, — głośno powiedział Giovannino. Zza żywopłotu wyjrzał uśmiechnięty miejski strażnik.
— Czy pan nie wiedział, że zrywanie róż jest zabronione?
— Przepraszam, nie pomyślałem o tym.
— W takim razie zapłaci pan tylko połowę grzywny, — powiedział strażnik, który ze swoim uśmiechem mógłby równie dobrze być maślanym człowieczkiem, prowadzącym Pinokia do Krainy Zabawek. Giovannino zauważył, że strażnik wypisuje grzywnę ołówkiem bez końcówki, i wyrwało mu się pytanie:
— Przepraszam, czy może pan pokazać swoją szablę?
— Chętnie, — powiedział strażnik. I oczywiście nawet szabla nie miała ostrza.
— Ale co to za kraj? — spytał Giovannino.
— To Kraina bez ostrza, — odpowiedział strażnik, z taką życzliwością, że wszystkie jego słowa powinny być napisane wielką literą.
— A co z gwoździami?
— Już dawno z nich zrezygnowaliśmy, robimy wszystko za pomocą kleju. A teraz niech pan mi da dwa policzki.
Giovannino otworzył usta szeroko, jakby musiał połknąć całe ciasto.
— Na miłość boską, przecież nie chcę iść do więzienia za zniewagę urzędnika państwowego. Dwa policzki, co najwyżej, muszę dostać, a nie dać.
— Ale tutaj używa się tego w ten sposób, — grzecznie wyjaśnił strażnik, — że za pełną karę cztery policzki, za połowę kary tylko dwa.
— Strażnikowi?
— Strażnikowi.
— Ale to niesłuszne, to okropne.
— Na pewno to niesłuszne, na pewno to okropne, — powiedział strażnik. — Jest to tak nieprzyjemne, że ludzie, aby nie zmuszano ich do bicia biedaczynów bez winy, starają się nie robić nic wbrew prawu. Więc, niech pan da mi dwa policzki i następnym razem będzie bardziej uważny.
— Ale nie chcę dawać ani prztyczka w policzek: zamiast tego dam mu pieszczotę.
— No skoro tak, — stwierdził strażnik, — muszę zaprowadzić pana z powrotem do granicy.
I Giovannino, wyjątkowo upokorzony, został zmuszony do opuszczenia Krainy bez ostrza. Ale nawet dzisiaj marzy o możliwości powrotu, aby zamieszkać tam jak najmilej, w pięknym domku z dachem bez kalenicy.
Kobietka, która liczyła kichnięcia
W Gavirate, pewnego razu, była kobietka, która spędzała dni na liczeniu kichnięć ludzi, potem referowała koleżankom wyniki swoich obliczeń i wszystkie razem rozpoczynały wielką gadaninę na ten temat.
— Farmaceuta zrobił ich siedem, — opowiadała kobietka.
— Niemożliwe!
— Przysięgam, niech mi nos odpadnie, jeśli nie mówię prawdy, on je zrobił za pięć dwunasta.
Gawędziły, gawędziły i na zakończenie dochodziły do wniosku, że farmaceuta dolewa wody do oleju rycynowego.
— Proboszcz ich zrobił czternaście, — opowiadała kobietka, czerwona z podniecenia.
— Nie pomyliłaś się?
— Niech mi nos odpadnie, jeśli zrobił ich o jedno mniej.
— Ale dokąd zmierzamy!
Gawędziły, gawędziły i na zakończenie dochodziły do wniosku, że proboszcz dodaje do sałatki za dużo oleju.
Pewnego dnia kobietka i jej przyjaciółki zebrały się razem, a było ich ponad siedem, pod oknem pana Delio aby poszpiegować. Ale pan Delio w ogóle nie kichał, bo nie wąchał tytoniu ani się nie przeziębił.
— Żadnego kichnięcia, — powiedziała kobietka. — Jest w tym coś podejrzanego.
— Dokładnie, — powiedziały jej przyjaciółki.
Pan Delio je usłyszał, włożył sporą garść pieprzu do opryskiwacza na muchy i niezauważalnie prysnął na te plotkary, stojące pod parapetem.
— Apsik! — kichnęła kobietka.
— Apsik! Apsik! — kichnęły jej przyjaciółki. I wszystkie razem zaczęły kichać jedna po drugiej.
— Zrobiłam ich najwięcej! — powiedziała kobietka.
— My najwięcej! — powiedziały jej przyjaciółki. Chwyciły się za włosy, biły się gdzie popadnie, podarły sobie ubrania i każda z nich straciła po zębie.
Po tym wypadku kobietka nie rozmawiała już ze swoimi przyjaciółkami, kupiła książeczkę i ołówek i chodziła dookoła całkiem sama, i przy każdym kichnięciu, które słyszała, stawiała krzyżyk.
Kiedy zmarła, znaleziono tę książeczkę, pełną krzyżyków, i mówiono:
— Zobaczcie, musiała zaznaczać wszystkie swoje dobre uczynki. Ależ ile ich zrobiła! Jeżeli ona nie dostanie się do raju, na pewno nikt tam się nie dostanie.