Guskin's life

Gianni Rodari, Bajki przez telefon (ciąg dalszy)

Historia królestwa Jadonii

W odległym, starożytnym kraju Jadonii, na wschód od księstwa Dobropicia, jako pierwszy rządził Jadonij Przetrawieniec, tak nazwany, ponieważ po zjedzeniu spaghetti żuł także danie, i je przetrawiał świetnie.

Zastąpił go na tronie Jadonij Drugi, nazwany Trzy Łyżki, bo jadł zupę jednocześnie za pomocą trzech srebrnych łyżek: dwie trzymał w swych rękach, trzecią mu podawała Królowa, i biada, jeśli nie była pełna.

Po nim, w następującej kolejności, wstąpili na tron Jadonii, który został umieszczony u szczytu stołu, ustawionego dzień i noc:

Jadonij Trzeci, nazwany Przystawka; Jadonij Czwarty, nazwany Kotlet z Parmezanem; Jadonij Piąty, Wygłodniały; Jadonij Szósty, Pożeracz Indyków; Jadonij Siódmy, nazwany “Jest więcej?”, który pochłonął nawet koronę — a była, zgadza się, z kutego żelaza; Jadonij Ósmy, nazwany Skórka Sera, który nie znalazł na stole już niczego do jedzenia i połknął obrus; Jadonij Dziewiąty, nazwany Stalowa Szczęka, który zeżarł sam tron ze wszystkimi poduszkami.

Tak dynastia się skończyła.

Gianni Rodari, Bajki przez telefon (ciąg dalszy)

Komiksowa mysz

Myszka z komiksów, zmęczona mieszkaniem między stronami i pragnąca zmienić smak papieru na smak sera, zrobiła mocny skok i znalazła się w świecie myszy mięsnych i kostnych.

Squash! — wykrzyknęła natychmiast, wyczuwając koci zapach.

— Co ona powiedziała? — wyszeptały inne myszy, przerażone tym dziwnym słowem.

Sploom, bang, gulp! — powiedziała myszka, która mówiła tylko w języku komiksów.

— Musi być Turczynką, — rzekła jedna stara okrętowa mysz, która do przejścia na emeryturę służyła na Morzu Śródziemnym. I spróbowała zwracać się do niej po turecku. Myszka popatrzyła na nią ze zdziwieniem i powiedziała:

Ziip, fiiish, bronk.

— To nie po turecku, — stwierdziła nawigatorka. To w takim razie co to jest?

— Licho wie.

Więc nazwały ją Lichowie i odnosiły się do niej jakby do wiejskiego głupka.

— Lichowie, — pytały jej, — wolisz parmezan czy gruyere?

Spliiit, grong, ziziziiir, — odpowiadała komiksowa mysz.

— No jasne! — śmiały się myszy. A maluchy ciągnęły ją za ogon, aby posłuchać, jak protestuje w ten zabawny sposób:

Zoong, splash, squarr!

Pewnego razu myszy wyruszyły na polowanie do młyna pełnego worków pszennej i kukurydzianej mąki. Myszy wbijały zęby w tę mannę i żuły razem, robiąc: krik, krik, krik, — jak wszystkie myszy, kiedy żują. Ale komiksowa mysz robiła: krek, skrek, skererek.

— Naucz się chociaż jeść jak kulturalne osoby, — mruknęła nawigatorka. — Gdybyśmy były na okręcie, już wyrzucono by cię w morze. Czy zdajesz sobie sprawę, że robisz obrzydliwy hałas, czy nie?

Crengh, — powiedziała komiksowa mysz i wróciła do wciskania się w worek kukurydzy.

Wtedy nawigatorka zrobiła znak innym myszom, i cichaczem one wyszły za nią, pozostawiwszy cudzoziemkę na pastwę losu, pewne, że ona nigdy nie znajdzie drogi do domu.

Przez jakiś czas myszka nadal żuła. Kiedy wreszcie zdała sobie sprawę, że została sama, było już za ciemno, by szukać drogi, więc zdecydowała nocować w młynie. Już zasypiała, gdy w ciemności zapaliły się dwa żółte światła, gdy rozległ się złowieszczy szelest czterech łap myśliwego. Kot!

Squash! — powiedziała myszka z drżeniem.

Gragrragnau! — odpowiedział kot. O Boże, to był komiksowy kot! Plemię prawdziwych kotów go wypędziło, ponieważ nie umiał robić miau tak, jak powinien.

Dwoje wygnańców przytuliło się, przysięgło sobie wieczną przyjaźń i spędziło całą noc rozmawiając w dziwnym języku komiksów. Doskonale się rozumieli.

Gianni Rodari, Bajki przez telefon (ciąg dalszy)

Na plaży Ostii

Kilka kilometrów od Rzymu znajduje się plaża Ostia, i latem rzymianie tam jadą setkami tysięcy, na plaży nie pozostaje miejsca nawet na wykopanie dziury łopatką, a kto przyjeżdża ostatni, nie wie, gdzie postawić parasol.

Pewnego razu pojawił się na plaży Ostii jakiś oryginalny pan, naprawdę pomysłowy. Przyjechał ostatni, z parasolem pod pachą, i nie znalazł miejsca, gdzie go postawić. Więc go otworzył, coś poprawił przy uchwycie i natychmiast parasol wzniósł się w powietrze, pominął setki tysięcy parasoli i umieścił się dokładnie nad brzegiem morza, ale o dwa - trzy metry wyżej od czubków innych parasoli. Pomysłowy pan otworzył swój leżak, i ten też zawisnął w powietrzu; pan położył się w cieniu parasola, wyciągnął z kieszeni książkę i zaczął czytać, oddychając morskim powietrzem, gazowanym solą i jodem.

Ludzie na początku niczego nie spostrzegali. Siedzieli pod swoimi parasolami, próbując zobaczyć kawałek morza między głowami tych, którzy siedzieli z przodu, albo rozwiązywali krzyżówki, i nikt nie patrzył w niebo. Ale jedna pani nagle usłyszała jak coś spadło na jej parasol, pomyślała, że to musi być piłka, wyszła, aby zganić dzieci, rozejrzała się wokół, spojrzała w powietrze i zobaczyła pomysłowego pana, wiszącego nad jej głową. Pan spojrzał w dół i powiedział do tej pani:

— Przepraszam panią, upuściłem książkę. Czy byłaby pani tak miła, że podrzuciłaby ją pani z powrotem do mnie?

Zaskoczona pani usiadła na piasku, a ponieważ była bardzo gruba, nie mogła się podnieść. Na pomoc pospieszyli jej bliscy, i pani bez słowa wskazała im palcem latający parasol.

— Bardzo was proszę, — powtórzył pomysłowy pan, — podrzućcie do mnie moją książkę.

— Ale nie widzisz, żeś przestraszył naszą ciotkę!

— Bardzo mi przykro, naprawdę nie miałem takiego zamiaru.

— No i zejdź stamtąd, to jest zabronione.

— Wcale nie, nie było na plaży miejsca, więc ja się tu ulokowałem. Ja przecież też płacę podatki.

Tymczasem, jeden po drugim, wszyscy rzymianie z plaży zdecydowali się na spojrzenie w powietrze i teraz się śmiali, wskazując sobie palcem tego dziwacznego kąpiącego się.

— Ojej, tylko zobacz, — mówiono, — tutaj parasol odrzutowy!

— Ej, Gagarin! — do niego krzyczano. — Podnieś mnie też do siebie!

Jeden chłopiec podrzucił do niego książkę, i pan nerwowo ją przeglądał, szukając strony, i potem z parsknięciem wrócił do czytania. Powolutku zostawiono go w spokoju. Tylko dzieci od czasu do czasu patrzyły w powietrze z zazdrością, i najodważniejsze z nich wołały:

— Proszę Pana, proszę Pana!

— Czego chcecie?

— Nie nauczyłby nas Pan utrzymania się w powietrzu?

Ale ten tylko parskał i wracał do czytania. O zmierzchu parasol odleciał z cichym sykiem, pomysłowy pan wylądował na drodze obok swego motocykla, usiadł w siedzeniu i odjechał sobie. Nie wiadomo, kto to był, i nie wiadomo, gdzie kupił taki parasol.

Gianni Rodari, Bajki przez telefon (ciąg dalszy)

Karuzela w Cesenatico

Pewnego razu w Cesenatico, na brzegu morza, pojawiła się karuzela. Miała w sumie sześć drewnianych koni i sześć czerwonych jeepów, trochę wyblakłych, dla dzieci o gustach bardziej nowoczesnych. Ludzik, który ją kręcił siłą rąk, był mały, chudy, czarny i miał twarz człowieka, który jeden dzień je, a dwa nie. Jednym słowem, to była na pewno nie wielka karuzela, ale dzieciom musiała się wydawać czekoladowa, bo zawsze stały wokół niej w zachwycie i robiły kaprysy, aby na nią wejść.

“Co tam, miód w tej karuzeli?” — mówiły sobie mamy. I proponowały dzieciom: “Chodźmy zobaczyć delfiny w kanale, chodźmy usiąść w tej kawiarni z ławkami bujanymi”.

Ale nie: dzieci chciały karuzelę.

Pewnego wieczoru starszy pan, umieściwszy wnuka w jeepie, wlazł sam na karuzelę i usiadł w siodle na drewnianym koniu. Było mu niewygodnie, bo miał długie nogi i jego stopy dotykały ziemi, śmiał się z tego. Ale dopiero kiedy ludzik zaczął kręcić karuzelą, co za podziw: starszy pan znalazł się w jednej chwili na wysokości wieżowca Cesenatico, a jego konik galopował w powietrzu, kierując pysk prosto w stronę chmur. Spojrzał w dół i zobaczył całą Romanię, a dalej całe Włochy, a dalej całą Ziemię, która oddalała się pod kopytami konika i wkrótce już nawet ona przekształciła się w drobną niebieską karuzelę, wirującą, wirującą, pokazując jeden po drugim kontynenty i oceany, narysowane jak na mapie geograficznej.

“Gdzie idziemy?” — zapytał siebie starszy pan. W tej chwili z przodu minął go wnuczek, lecąc starym czerwonym jeepem, trochę wyblakłym, przekształconym w statek kosmiczny. A za nim, rzędem, wszystkie inne dzieci, opanowane i pewne siebie na swojej orbicie, jak grupa sztucznych satelitów.

Ludzik z karuzeli był nie wiadomo gdzie, jednak jeszcze słychać było płytę, która grała brzydkie cza-cza: każdy obrót karuzeli trwał całą płytę.

“Więc była tam sztuczka, — powiedział sobie starszy pan. — Ten ludzik musi być czarownikiem”.

I jeszcze myślał: “Jeśli w czasie jednej płyty zrobimy cały obrót wokół Ziemi, pobijemy rekord Gagarina”. Teraz karawana kosmiczna przelatywała nad Oceanem Spokojnym z jego wyspami, Australią ze skaczącymi kangurami, Biegunem Południowym, gdzie miliony pingwinów stały z nosami zadartymi w górę. Ale nie było czasu, aby je policzyć: już na ich miejscu amerykańscy Indianie dawali sygnały dymne, a oto wieżowce Nowego Jorku, a oto jedyny wieżowiec, ten w Cesenatico. Płyta się skończyła. Starszy pan rozejrzał się wokół, zdumiony: znów siedział na starej, spokojnej karuzeli nad brzegiem Adriatyku, i ludzik, czarny i chudy, delikatnie, bez drżenia ją hamował.

Starszy pan zszedł chwiejąc się.

— Ej, słuchaj, — powiedział ludzikowi. Ale ten nie miał czasu na posłuchanie go, inne dzieci zajęły konie i jeepy, karuzela ponownie ruszyła w kolejną podróż dookoła świata.

— Powiedz, — powtórzył starszy pan trochę gniewnie. Ludzik nawet na niego nie spojrzał. Kręcił karuzelą, widać było jak wirują wesołe twarze dzieci, szukających twarzy rodziców, którzy stali w kółku z zachęcającym uśmiechem na ustach.

Czarownik, ten tani ludzik? Magiczna karuzela, ta śmieszna maszyna, chwiejąca się do dźwięku brzydkiego cza-cza?

— No kurczę, — stwierdził starszy pan, — lepiej nikomu o tym nie mówić. Będą się ze mnie śmiać i mówić: “Czy nie wiesz, że w twoim wieku jazda na karuzeli już jest niebezpieczna, bo przyprawia o zawroty głowy?”

Gianni Rodari, Bajki przez telefon (ciąg dalszy)

Słynny deszcz w Piombino

Pewnego razu w Piombino padały drażetki, tak duże, jak gradziny, ale wszelakich kolorów: zielone, różowe, fioletowe, niebieskie. Jedno dziecko włożyło zieloną gradzinę do ust, tylko na spróbowanie, i dowiedziało się, że smakuje jak mięta. Drugie skosztowało różowej, i ona smakowała jak truskawka.

— To są drażetki! To są drażetki!

I wszyscy popędzili na ulice aby wypełnić sobie kieszenie. Ale nie nadążali za zbieraniem, bo one padały bardzo gęsto.

Deszcz nie trwał długo, ale pozostawił ulice pokryte dywanem pachnących drażetek, które skrzypiały pod nogami. Uczniowie, wracając ze szkoły, jeszcze je znaleźli, aby wypełnić teczki. Starsze kobiety zbierały drażetki do dużych tobołków ze swoich chustek.

To był wielki dzień.

Nawet teraz wiele osób czeka na deszcz drażetek z nieba, ale ta chmura nie przychodziła więcej ani z Piombino, ani z Turynu i może nigdy nie przyjdzie nawet z Cremony.

Gianni Rodari, Bajki przez telefon (ciąg dalszy)

Dotknąć nosa króla

Pewnego razu Giovannino Tracidni postanowił pojechać do Rzymu aby dotknąć nosa króla. Jego przyjaciele mu odradzali, twierdząc:

— Zobacz, to rzecz niebezpieczna. Jeśli król się wkurzy, całkowicie stracisz twój nos razem z głową.

Ale Giovannino był zawzięty. Podczas pakowania walizek, aby potrenować trochę, odwiedzał proboszcza, burmistrza i marszałka i dotknął nosa każdego z trzech z taką starannością i umiejętnością, że oni niczego nie zauważyli.

“W sumie to nietrudne”, — pomyślał Giovannino. Po przybyciu do pobliskiego miasta pokazano mu domy gubernatora, prezydenta i sędziego, i Giovannino poszedł z wizytą do tych wybitnych postaci i też dotknął ich nosów, jednym palcem czy dwoma. Postaci były tym trochę zmartwione, bo Giovannino wydawał się dobrze wykształconym człowiekiem i mógł rozmawiać na prawie każdy temat. Prezydent nawet nieco się wkurzył i zawołał:

— Hola, bierzesz mnie za nos?

— Na litość boską, — powiedział Giovannino, — była tam mucha.

Prezydent rozejrzał się wokół, nie zobaczył much ani komarów, ale tymczasem Giovannino pośpiesznie się ukłonił i wyszedł sobie, nie zapomniawszy zamknąć drzwi.

Giovannino miał książeczkę do liczenia nosów, które potrafił dotknąć. Wszystkie nosy były poważne.

Lecz w Rzymie liczba nosów powiększała się tak szybko, że Giovannino musiał kupić większy notatnik. Wystarczyło tylko pospacerować po ulicy, żeby na pewno gdzieś spotkać paru biskupów, kilku wicekonsulów i dziesiątkę wielkich sekretarzy.

Już nie mówimy o prezydentach — było tam więcej prezydentów niż żebraków. Wszystkie te luksusowe nosy były pod ręką. Ich właściciele faktycznie mylili nagabywanie Giovannina z hołdem ich autorytetowi, a niektórzy z nich posunęli się tak daleko, że zasugerowali swej świcie, aby robiła to samo, mówiąc:

— Odtąd, zamiast ukłonu, możecie dotykać mojego nosa. To zwyczaj bardziej nowoczesny i bardziej wyrafinowany.

Świta, na początku, nie odważyła się wyciągnąć rąk do nosów jej przełożonych. Ci jednak zachęcali ich najszerszymi uśmiechami, zatem poleciały dotknięcia, wymacywania, szorowania: wysoko postawione nosy zrobiły się błyszczące i czerwone z zadowolenia.

Giovannino nie zapomniał o swoim głównym celu, którym było dotknięcie nosa króla, i tylko czekał na dobrą okazję. Taka okazja pojawiła się podczas parady. Giovannino zauważył, że czasami ktoś z obecnych wychodził z tłumu, wskakiwał na stopnie królewskiego pojazdu i doręczał królowi kopertę — pewnie, podanie, — którą król z uśmiechem przekazywał swojemu premierowi.

Kiedy pojazd był dość blisko, Giovannino wskoczył na podnóżek, i póki król posyłał do niego zachęcający uśmiech, mu rzekł:

— Przepraszam, — wyciągnął rękę i potarł czubkiem palca wskazującego czubek nosa Jego Królewskiej Mości.

Zszokowany król dotknął swojego nosa, otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale Giovannino już skoczył do tyłu i się zabezpieczył w tłumie. Wybuchły mocne oklaski i natychmiast inni obywatele z entuzjazmem pośpiesznie zaczęli naśladować Giovannina: wskakiwali na pojazd, chwytali króla za nos i starannie go uciskali.

— To nowy znak hołdu, Wasza Wysokość, — mamrotał z uśmiechem premier do uszu króla.

Ale król zupełnie nie miał ochoty na uśmiechy: bolał go nos i zaczynał się katar, a on nie miał nawet czasu wytrzeć nosa, bo jego wierni poddani nie dawali mu wytchnienia i radośnie kontynuowali łapanie go za nos.

Giovannino wrócił do swojego kraju zadowolony.

Gianni Rodari, Bajki przez telefon (ciąg dalszy)

Kupić miasto Sztokholm

Na rynku Gavirate bywają tacy faceci, którzy sprzedają wszystko, a najzdolniejszych sprzedawców z nich w ogóle nie wiadomo, gdzie jeszcze znaleźć.

W pewny piątek pojawił się facet, sprzedający dziwne rzeczy: Mont Blanc, Ocean Indyjski, morza Księżycowe, i taki był gadatliwy, że po godzinie zostało mu tylko miasto Sztokholm.

Kupił je pewien fryzjer, w zamian za fryzurę z masażem. Fryzjer przybił pomiędzy dwoma lustrami świadectwo, potwierdzające: "Właściciel miasta Sztokholm", — i dumnie pokazywał je klientom, odpowiadając na wszystkie ich pytania.

— To miasto w Szwecji, nawet stolica.

— Ma prawie milion mieszkańców, no i pewnie wszyscy są moi.

— Jest tam jeszcze morze, oczywiście, ale nie wiem, kto jest jego właścicielem.

Fryzjer stopniowo odkładał pieniądze i po roku pojechał do Szwecji, aby odwiedzić swoją posiadłość. Sztokholm wydał mu się piękny, a Szwedzi bardzo uprzejmi. Nie rozumieli ani słowa z tego, co on mówił, a on nie rozumiał ani półsłowa z tego, co oni odpowiadali

— Jestem właścicielem tego miasta, wiecie to czy nie? Przekazano wam komunikat na ten temat?

Szwedzi się uśmiechali i mówili “tak”, bo nic nie rozumieli, ale byli uprzejmi, i fryzjer zacierał ręce, całkowicie zadowolony:

— Takie miasto w zamian za tylko jedną fryzurę z masażem! Naprawdę to był korzystny zakup.

Ale się mylił i zapłacił, na odwrót, zbyt dużo. Bowiem każde dziecko, przychodząc na świat, od razu dostanie cały ten świat, i nie musi płacić ani grosza, lecz tylko podwinąć rękawy, wyciągnąć ręce i wziąć go sobie.

Gianni Rodari, Bajki przez telefon (ciąg dalszy)

Brif, bruf, braf

Dwoje dzieci, w spokoju podwórka, bawiło się, wymyślając specjalny język, aby mogło rozmawiać ze sobą, nie dając innym nic zrozumieć.

— Brif, braf, — powiedziało pierwsze.

— Braf, brof, — odpowiedziało drugie. I wybuchły śmiechem.

Na balkonie pierwszego piętra siedział, czytając gazetę, jeden dobry starszy pan, a w oknie naprzeciwko stała starsza pani ani dobra, ani zła.

— Jak głupie są te dzieci, — powiedziała pani.

Ale dobry pan się nie zgadzał:

— Ja tak nie sądzę.

— Ojej, niech pan nie mówi, że zrozumiał, co powiedziały.

— Przecież zrozumiałem wszystko. Pierwsze powiedziało: co za piękny dzień. Drugie odpowiedziało: a jutro będzie jeszcze piękniejszy.

Pani się skrzywiła, ale milczała, bo dzieci znów zaczęły mówić w swoim języku.

— Maraski, barabaski, pippirimoski, — powiedziało pierwsze.

— Bruf, — odpowiedziało drugie. I znów oboje dzieci się roześmiało.

— Niech pan nie mówi, że nawet to pan też zrozumiał, — zawołała oburzona starsza pani.

— Przecież zrozumiałem wszystko, — odpowiedział z uśmiechem starszy pan. — Pierwsze powiedziało: ale się cieszymy, że jesteśmy na świecie. A drugie odpowiedziało: świat jest przepiękny.

— Czyż naprawdę jest piękny? — nalegała starsza pani.

— Brif, bruf, braf, — odpowiedział starszy pan.

Gianni Rodari, Bajki przez telefon (ciąg dalszy)

Wymyślić liczby

— Wymyślimy liczby?

— Wymyślimy, ja zacznę. Prawie jeden, prawie dwa, prawie trzy, prawie cztery, prawie pięć, prawie sześć.

— To za mało. Słuchaj tego: jeden stramilion biliardowisk, jedno ośmiowisko milionczyków, jeden dziwiliard i jeden dziwilion.

— A ja teraz wymyślę tabliczkę mnożenia:
trzy razy jeden Rzym i Wiedeń
trzy razy dwa długo trwa
trzy razy trzy pchły i wszy
trzy razy cztery cyfry i litery
trzy razy pięć szwagier i zięć
trzy razy sześć dłoń i pięść
trzy razy siedem śpi pod pledem
trzy razy osiem klępa z łosiem
trzy razy dziewięć podpis i pieczęć
trzy razy dziesięć do liczenia niechęć

— Ile kosztuje ten makaron?

— Dwa pociągnięcia w uszy.

— Jak daleko stąd do Mediolanu?

— Tysiąc kilometrów nowych, jeden kilometr używany i siedem cukierków.

— Ile waży łza?

— To zależy: łza kapryśnego dziecka waży mniej niż wiatr, a głodnego dziecka więcej, niż cała ziemia.

— Jak długa jest ta bajka?

— Zbyt.

— Wymyślimy w takim razie w pośpiechu inne liczby, aby zakończyć. Ja je powiem, w stylu modeńskim: judin dwudin trzudin, cztara pięciudin, miri mimidin, un fan dez.

— A ja je powiem w stylu rzymskim: ranzy, dwancy, trzyncy, czwari czwalincy, mele melincy, riffe raffe i dziesięć.

Gianni Rodari, Bajki przez telefon (ciąg dalszy)

Droga czekoladowa

Trzej bracia z Bartletty pewnego dnia, idąc przez wieś, znaleźli drogę najgładszą i całą brązową.

— Co to może być? — powiedział pierwszy.

— To nie drewno, — powiedział drugi.

— To nie węgiel, — powiedział trzeci.

Aby dowiedzieć się więcej, wszyscy trzej uklękli i na spróbowanie liznęli.

To była czekolada, droga czekoladowa. Zaczęli jeść jej kawałek, a potem kolejny, już nadszedł wieczór, a trzej bracia nadal nieustannie jedli czekoladową drogę, dopóki nie pozostało żadnej kosteczki. Nie było już ani czekolady, ani drogi.

— Gdzie jesteśmy? — spytał pierwszy.

— Nie jesteśmy w Bari. — powiedział drugi.

— Nie jesteśmy w Molfetcie. — powiedział trzeci.

Właśnie nie wiedzieli, co robić. Na szczęście w tej chwili z pola jechał chłop ze swoim wózkiem.

— Odwiozę was do domu, — powiedział chłop. I odwiózł ich do Barletty, pod same drzwi domu. Wychodząc z wózka, bracia zauważyli, że cały wózek został zrobiony z biszkoptu. Bez słowa, zaczęli sobie go jeść i nie zostawili żadnych kół czy dyszli.

Takich szczęśliwych trzech braci w Barletcie nigdy nie było jak dotąd i nie wiadomo, kiedy będzie znów.