Guskin's life

Gianni Rodari, Bajki przez telefon (ciąg dalszy)

Strach na wróble

Gonario był ostatnim z siedmiu braci. Jego rodzice nie mieli pieniędzy, aby go wysłać do szkoły, więc wysłali go do pracy w dużym gospodarstwie rolnym. Gonario miał być strachem na wróble i odganiać ptaki na polach. Każdego ranka dawano mu paczkę prochu, i Gonario, godzina za godziną, włóczył się po polach, co jakiś czas zatrzymując się i podpalając szczyptę prochu. Eksplozja straszyła ptaki, które uciekały w obawie przed myśliwymi.

Pewnego razu ogień zapalił się na kurtce Gonario, i gdyby chłopiec nie zanurkował szybko do rowu, z pewnością zginąłby w płomieniach. Jego skok przestraszył żaby, które uciekły z wrzaskiem, a ich wrzask przestraszył świerszcze i cykady, które na chwilę przestały śpiewać.

Ale najbardziej przestraszony ze wszystkich był on sam, Gonario, i on płakał samotnie na brzegu rowu, przemoknięty jak brzydkie kaczątko, malutki, obdarty i głodny. Płakał tak desperacko, że wróble zatrzymały się na drzewie, patrzyły na niego i ćwierkały ze współczuciem, aby go pocieszyć. Ale wróble nie mogą pocieszyć stracha na wróble.

Ta historia wydarzyła się na Sardynii.

Gianni Rodari, Bajki przez telefon (ciąg dalszy)

Droga, która nie prowadziła do żadnego miejsca

Przy wyjeździe ze wsi rozchodziły się trzy drogi: jedna prowadziła nad morze, druga do miasta, a trzecia nie prowadziła do żadnego miejsca.

Martino wiedział o tym, bo pytał o to po trochu wszystkich, i od wszystkich otrzymywał tę samą odpowiedź:

— Tamta droga? Prowadzi donikąd. Nie ma sensu iść nią.

— A gdzie się kończy?

— Nie kończy się w żadnym mieście.

— Ale w takim razie dlaczego jest zrobiona?

— Nikt jej nie robił, zawsze tu była.

— I nikt nigdy nią nie chodził, żeby to sprawdzić?

— Naprawdę masz barani łeb, powiedziano ci, że nie ma tam nic do sprawdzenia…

— Nie można tego wiedzieć, jeśli nigdy nikt tam nie był.

Był taki zawzięty, że zaczęto nazywać go Martino Barani Łeb, ale on się na to nie obrażał i dalej rozmyślał o drodze, która nie prowadziła do żadnego miejsca.

Kiedy był już na tyle dorosły, że mógł przejść przez ulicę, nie podając dłoni dziadkowi, pewnego ranka wstał wcześnie, wyszedł ze wsi i bez wahania wstąpił na tajemniczą drogę, i poszedł przed siebie. Nawierzchnia była pełna dziur i chwastów, lecz na szczęście już jakiś czas nie padało, więc nie było kałuż. Po prawej i lewej stronie ciągnął się żywopłot, ale wkrótce zaczął się las. Gałęzie drzew splatały się nad drogą, tworząc ciemną, chłodną galerię, do której tylko tu i ówdzie przenikały nieliczne promienie słońca, pełniąc rolę reflektorów.

Szedł i szedł, galeria nigdy się nie kończyła, droga nigdy się nie kończyła, bolały Martino nogi, i już zaczynał myśleć, że dobrze byłoby zawrócić, kiedy zobaczył psa.

“Gdzie jest pies, jest dom, — sądził Martino, — albo przynajmniej człowiek”.

Pies podbiegł do niego, machając ogonem, i polizał jego ręce, a potem udał się drogą, i co krok odwracał się, żeby sprawdzić, czy Martino nadal za nim podąża.

— Idę, idę, — mówił Martino, zaskoczony.

Nareszcie las zaczął się przerzedzać, w górze ukazało się ponownie niebo, a droga kończyła się u progu dużej żelaznej bramy.

Przez kraty Martin zobaczył zamek, z drzwiami i oknami otwartymi na oścież, i ze wszystkich kominów wydobywał się dym, a z balkonu najpiękniejsza dama machała ręką i krzyczała wesoło:

— Zapraszam, zapraszam, Martino Barani Łeb!

— Ojej, — ucieszył się Martino, — ja nie wiedziałem, że przyjdę, ale ona wiedziała.

Pchnął bramę, przeszedł przez park i wszedł do sali zamkowej w samą porę, aby ukłonić się pięknej damie, schodzącej po schodach. Była ładna i ubrana nawet lepiej niż wróżki i księżniczki, a ponadto była naprawdę wesoła i się śmiała:

— Więc nie uwierzyłeś.

— W co?

— W historię drogi, która nie prowadziła do żadnego miejsca.

— Była za głupia. I moim zdaniem miejsc jest jeszcze więcej, niż dróg.

— Oczywiście, byle tylko była chęć się ruszyć.

Było tam ponad sto pokojów, pełnych skarbów wszelkiego rodzaju, jak w bajkowych zamkach, w których leżą śpiące królewny lub orki gromadzą swoje bogactwa. Były tam diamenty, kamienie szlachetne, złoto, srebro, i piękna dama ciągle mówiła:

— Bierz, bierz co chcesz. Pożyczę ci wózek do uniesienia ciężaru.

Sami pomyślcie, czy Martino trzeba było namawiać. Wózek był całkowicie pełny, kiedy odjechał. Na pudle siedział pies, który był wytresowany i umiał trzymać wodze i szczekać na konie, gdy drzemały i schodziły z drogi.

We wsi, gdzie uznano go już za zmarłego, Martino Barani Łeb został przyjęty z wielkim zaskoczeniem. Pies wyładował na plac wszystkie jego skarby, machnął dwukrotnie ogonem na powitanie, znów usiadł na pudle — i oddalił się, w obłoku kurzu. Martino dał wspaniałe prezenty wszystkim, przyjaciołom i wrogom, i został sto razy zmuszony do opowiedzenia o swojej przygodzie, i za każdym razem, gdy kończył opowiadanie, ktoś biegł do domu, aby odebrać wózek i konia, i pędził po drodze, która nie prowadziła do żadnego miejsca.

Ale tego samego wieczoru wrócili jeden po drugim, z wykrzywionymi ze złości twarzami: droga, dla nich, kończyła się w środku lasu, przy gęstej ścianie drzew, w morzu cierni. Już nie było ani bramy, ani zamku, ani pięknej damy. Ponieważ pewne skarby istnieją tylko dla tych, którzy jako pierwsi podążają nową drogą, i pierwszy był Martino Barani Łeb.

Gianni Rodari, Bajki przez telefon (ciąg dalszy)

Uciekający nos

Pan Gogol opowiedział historię jednego nosa z Leningradu, który jeździł karetą i narobił bigosu.

Coś podobnego wydarzyło się w Laveno, nad jeziorem Maggiore. Pewnego ranka jeden pan, który mieszkał akurat naprzeciwko molo, gdzie można dostać łodzie, obudził się, poszedł do łazienki, żeby się ogolić, i kiedy spojrzał na siebie w lustrze, krzyknął:

— Ratunku! Mój nos!

Nosa pośrodku twarzy już nie było, na jego miejscu wszystko było gładkie. Ten pan, tak jak był w szlafroku, wybiegł na balkon, akurat w tym momencie, żeby zobaczyć, jak nos wychodzi na plac i idzie szybkim krokiem w stronę molo, prześlizgując się między samochodami, które ładowano na statek promowy do Verbanii.

— Stój! Stój! — zakrzyczał pan. — Mój nos! Zatrzymaj złodzieja!

Ludzie patrzyli w górę i się śmiali:

— Nos ukradli, a łeb zostawili? Co za zły interes.

Panu nie pozostało nic innego, jak tylko wyjść na ulicę i ścigać uciekiniera, trzymając chusteczkę przy twarzy, tak jakby miał katar. Niestety przybiegł w samą porę, aby zobaczyć wyłącznie, jak łódź odpływa z molo. Pan odważnie rzucił się do wody, aby ją dosięgnąć, podczas gdy pasażerowie i turyści krzyczeli: No dawaj, dawaj! — ale łódź już nabrała prędkości i kapitan nie miał żadnego zamiaru zawracać, żeby zabrać na pokład spóźnialskich.

— Poczekaj na kolejny prom, — krzyknął marynarz do tego pana, — kursuje co pół godziny!

Pan, zrażony, wracał na brzeg, kiedy zauważył swój nos, który rozłożył płaszcz na wodzie, jak święty Juliusz w legendzie, i płynął z małą prędkością.

— Więc nie wszedłeś do łodzi? To wszystko było udawanie? — zawołał ten pan.

Nos patrzył prosto przed siebie, jak stary wilk jeziorowy, i nawet nie zadał sobie trudu, żeby się odwrócić. Płaszcz kołysał się łagodnie, jak meduza.

— Ale dokąd idziesz? — zawołał pan.

Nos nic nie odpowiedział, i jego nieszczęsny właściciel pogodził się z powrotem do portu Laveno i przejściem przez tłum gapiów, aby wrócić do domu, gdzie zamknął się, wydawszy rozkaz pokojówce, by nikogo nie wpuszczała, i spędził czas, patrząc w lustro na swoją twarz bez nosa.

Kilki dni później jeden rybak z Ranco, podciągając sieć, znalazł w niej uciekający nos, którego spotkała katastrofa na środku jeziora, bo płaszcz był pełen dziur, i postanowił zabrać go na targ w Laveno.

Służąca tego pana, która przyszła na targ po rybę, zauważyła od razu nos, wystawiony w widocznym miejscu wśród linów i szczupaków.

— Ale to jest nos mojego pana! — wykrzyknęła przerażona służąca. — Proszę dać mi go natychmiast, ja mu go zaniosę.

— Nie wiem, do kogo to należy, — oznajmił rybak, — ja go wyłowiłem i ja go sprzedam.

— Po ile to?

— Wiesz, na wagę złota. Wszak to nos, nie okoń.

Pokojówka pobiegła poinformować swojego pana.

— Daj mu ile prosi! Chcę mój nos!

Pokojówka policzyła, że potrzeba na to wiele pieniędzy, bowiem nos był dość duży: potrzeba było przerażatysięcy lirów, trzynaście trzynaścików i pół. Aby zebrać taką sumę, musiała nawet sprzedać swoje kolczyki, ale ponieważ była bardzo przywiązana do swojego pana, poświęciła je, wzdychając.

Kupiła nos, owinęła go chusteczką i przyniosła do domu. Nos pozwolił przyprowadzić się do właściciela bez większych problemów i nie zbuntował się nawet wtedy, gdy ten przyjął go w drżące ręce.

— Ale po co uciekłeś? Co ci zrobiłem?

Nos spojrzał na niego z ukosa, całkiem zmarszczywszy się z obrzydzenia, i powiedział:

— Słuchaj, nigdy więcej nie wkładaj palców do nosa. Albo przynajmniej obetnij sobie paznokcie.

Gianni Rodari, Bajki przez telefon (ciąg dalszy)

Włosy olbrzyma

Było pewnego razu czterech braci. Trzej z nich byli malutcy, ale bardzo przebiegli, a czwarty był olbrzymem o niezmiernej sile, ale znacznie mniej przebiegłym niż inni.

Siłę miał w rękach i ramionach, ale rozum miał we włosach. Jego przebiegli braciszkowie obcinali mu włosy na bardzo krótko, aby zawsze był trochę tępy, a potem kazali mu, takiemu potężnemu, wykonywać wszystkie prace, a sami tylko pilnowali go i przywłaszczali zarobki do swej kieszeni.

On musiał orać pola, on musiał rozłupywać drewno, obracać koła młyna, ciągnąć wóz zamiast konia, a jego przebiegli braciszkowie siedzieli na pudle i ukierunkowywali go dźwiękiem bata.

I siedząc na pudle spoglądali na jego głowę i mówili:

— Jak dobrze wyglądasz z krótkimi włosami.

— Ach, prawdziwe piękno wcale nie polega na lokach.

— Spójrzcie na ten wydłużający się kosmyk: dziś wieczorem będzie wymagał machnięcia nożyczkami.

Tymczasem mrugali do siebie, wesoło popychali się nawzajem łokciami, a na rynku chowali pieniądze do kieszeni, szli do karczmy i zostawiali olbrzyma, aby pilnował wozu.

Co do jedzenia, to dawali mu wystarczająco, aby mógł pracować; do picia, dawano mu za każdym razem, gdy chciał pić, ale tylko wino z fontanny.

Pewnego dnia olbrzym zachorował. Jego braciszkowie, ze strachu, że umrze, gdy jeszcze dobrze pracuje, zatrudnili do jego leczenia najlepszych w kraju lekarzy, karmili go najdroższymi lekami i nosili mu śniadanie do łóżka.

I jeden poprawiał mu poduszki, drugi podwijał mu koce. I ciągle mu powtarzano:

— Widzisz, jak bardzo cię kochamy? Więc nie umieraj, nie obrażaj nas tak.

Tak bardzo martwili się o jego zdrowie, że zapomnieli dbać o jego włosy. Włosy miały czas urosnąć tak długo, jak nigdy dotąd, i razem ze włosami wrócił do olbrzyma cały jego rozum. Zaczął się zastanawiać, obserwować swoich braciszków, dodawać dwa plus dwa i cztery plus cztery. W końcu zrozumiał, jak podstępni są, i jak sam był tępy, ale od razu nic nie powiedział. Zaczekał, aż wrócą mu siły, i pewnego ranka, podczas gdy jego braciszkowie jeszcze spali, on wstał, związał ich jak salami i załadował na wózek.

— Dokąd nas wieziesz, drogi bracie, dokąd wieziesz swoich ukochanych braci?

— Zaraz zobaczycie.

Przywiózł ich na stację, wepchnął ich do pociągu, związanych, tak jak byli, i na pożegnanie powiedział im wyłącznie:

— Jedźcie sobie, i nigdy nie wracajcie tu ponownie. Wystarczająco mnie oszukiwaliście. Teraz sam jestem sobie panem.

Pociąg zagwizdał, koła się poruszyły, lecz trzej przebiegli bracia pozostali nader spokojnie na swoim miejscu, i nikt ich więcej nie widział.

Gianni Rodari, Bajki przez telefon (ciąg dalszy)

Młody rak

Jeden młody rak pomyślał: “Dlaczego w mojej rodzinie wszyscy chodzą do tyłu? Chcę nauczyć się chodzenia do przodu, jak żabki, i niech mi ogon odpadnie, jeśli nie dam sobie z tym rady”.

Zaczął trenować potajemnie, wśród kamieni rodzimego strumienia, i w ciągu pierwszych dni przedsięwzięcie kosztowało go wiele wysiłku. Potykał się wszędzie, miął swoją skorupę i miażdżył sam sobie łapę. Ale stopniowo wszystko się poprawiało, bo możesz się wszystkiego nauczyć, jeśli chcesz.

Kiedy poczuł się pewny siebie, poszedł do swojej rodziny i powiedział:

— Patrzcie.

I wykonał wspaniały trucht do przodu.

— Synku, — rozpłakała się jego matka, — czy straciłeś rozum? Bądź znów sobą, chodź tak, jak nauczyli cię ojciec i matka, chodź jak twoi bracia, którzy tak bardzo cię kochają.

Jego bracia jednak tylko chichotali. Ojciec przez chwilę patrzył na niego surowo, po czym powiedział:

— Mamy już dość. Jeżeli chcesz zostać z nami, chodź jak inne raki. Jeżeli chcesz robić swoje, strumień jest duży: odejdź i nigdy nie wracaj.

Śmiały raczek bardzo kochał rodzinę, ale był zbyt pewien, że ma rację, aby mieć jakiekolwiek wątpliwości: uścisnął matkę, pożegnał się z ojcem i braćmi i wyruszył w świat.

Jego przejście natychmiast wywołało zdziwienie żab, które, jak dobre kumoszki, zebrały się, aby pogadać wokół liścia nenufara.

— Świat cofa się w rozwoju — powiedziała jedna żaba. — Spójrzcie na tego raka i udowodnijcie, że się mylę, jeśli potraficie.

— Nie ma już szacunku, — powiedziała inna żaba.

— Fuj, fuj! — powiedziała trzecia.

Ale raczek szedł dalej prosto, właśnie jak się mówi, swoją drogą. W pewnym momencie usłyszał, jak zawołał go stary rak o melancholijnym wyrazie twarzy, który stał samotnie przy kamieniu.

— Dzień dobry, — powiedział młody rak.

Starzec długo na niego patrzył, a potem powiedział:

— Co ty robisz, twoim zdaniem? Ja też, kiedy byłem młody, myślałem żeby nauczyć raki chodzenia do przodu. No i oto co zyskałem: żyję zupełnie sam, i wszyscy raczej odcięliby sobie język, niż zwróciliby się do mnie jednym słowem. Póki masz jeszcze czas, posłuchaj mnie: pogódź się z postępowaniem jak inni, a pewnego dnia podziękujesz mi za radę.

Młody rak nie wiedział, co odpowiedzieć, i milczał. Ale myślał sobie: “To ja mam rację”. I grzecznie pożegnawszy się ze starcem, dumnie kontynuował swoją podróż.

Czy zajdzie daleko? Czy znajdzie szczęście? Czy wyprostuje wszystkie krzywe rzeczy na tym świecie? Nie wiemy, bo nadal maszeruje z taką samą odwagą i stanowczością, jak pierwszego dnia. Możemy mu tylko z całego serca zażyczyć:

— Miłej podróży!

Gianni Rodari, Bajki przez telefon (ciąg dalszy)

Fiołek na Biegunie Północnym

Pewnego ranka, na Biegunie Północnym, niedźwiedź polarny poczuł w powietrzu niezwykły zapach i zwrócił na to uwagę starszej niedźwiedzicy (młodsza była jego córką):

— Czy przybyła jakaś wyprawa?

Niedźwiedziątka zaś znalazły fiołek. To był mały fiołek wonny, drżący z zimna, ale ciągle odważnie perfumujący powietrze, ponieważ taki był jego obowiązek.

— Mamo, tato! — zawołały niedźwiedziątka.

— Ale od razu powiedziałem, że tu jest coś dziwnego, — po pierwsze rzekł niedźwiedź polarny swojej rodzinie. — I moim zdaniem to nie jest ryba.

— Na pewno nie, — powiedziała starsza niedźwiedzica, — ale to nawet nie jest ptak.

— Też masz rację, — powiedział niedźwiedź po dokładnym przemyśleniu.

Jeszcze przed wieczorem rozeszły się po całym biegunie wiadomości: mała, dziwna, pachnąca istota, kolor fioletowy, pojawiła się na lodowej pustyni, stoi na jednej łapie i się nie rusza. Zobaczyć fiołek przypłynęły foki i morsy, przyszły z Syberii renifery, z Ameryki piżmowoły, a następnie białe lisy, wilki i alki. Wszyscy podziwiali nieznany kwiat, jego drżącą łodygę, wszyscy wdychali jego zapach, ale zawsze pozostawało go dość dużo dla tych, którzy przychodzili jako ostatni, aby go powąchać, — było go tyle samo, jak na początku.

— Aby wysyłać tak dużo zapachu, – powiedziała foka, – musi mieć zapas pod lodem.

— Od razu to powiedziałem, — zawołał niedźwiedź polarny, — że pod tym coś się kryje!

Nie mówił dokładnie tak, ale nikt tego nie pamiętał.

Mewa, wysłana na południe w celu zebrania informacji, wróciła z wiadomością, że mała pachnąca istota nazywa się fiołek i że w niektórych krajach są ich miliony.

— Nie dowiedzieliśmy się nic nowego, — powiedziała foka. — Jak akurat ten fiołek akurat tu się dostał? Powiem wam wszystkie moje przemyślenia: czuję się nieco zakłopotana.

— Jak ona powiedziała, że się czuje? — spytał niedźwiedź polarny swoją żonę.

— Zakłopotana. Tak jakby nie wiedziała, jaką rybę złapać.

— Dokładnie, — zaryczał niedźwiedź polarny, — właśnie to też mam na myśli!

Tej nocy po całym Biegunie rozległo się straszne skrzypienie. Wieczny lód drżał jak szkło i pękł w kilku miejscach. Fiołek wysłał intensywniejszy zapach, jakby postanowił natychmiast stopić ogromną zamarzniętą pustynię, przemienić ją w ciepłe, błękitne morze lub w zieloną aksamitną łąkę. Ten wysiłek go wyczerpał. O świcie widać było, jak więdnie, zgina się na łodydze, traci kolor i życie. Przetłumaczona na nasze słowa i nasz język, jego ostatnia myśl musiała brzmieć mniej więcej tak:

— Teraz umieram… Ale ktoś musiał zacząć… Pewnego dnia fiołki nadejdą tu milionami. Lód się stopi, i tutaj będą wyspy, domy i dzieci.

Gianni Rodari, Bajki przez telefon (ciąg dalszy)

Wojna dzwonów

Pewnego razu była wojna, wielka i straszna wojna, w której zginęło wielu żołnierzy z jednej i drugiej strony. My staliśmy tu, a nasi wrogowie stali tam, i strzelaliśmy do siebie dzień i noc, ale wojna trwała tak długo, że w pewnym momencie zabrakło nam brązu do armat, już nie mieliśmy żelaza do bagnetów i tak dalej.

Nasz dowódca Stragenerał Bombonczyk Strzelczyk Nakawałkidrzelczyk nakazał opuścić wszystkie dzwony z dzwonnic i stopić je wszystkie razem, żeby wyrobić ogromną armatę: tylko jedną, ale wystarczająco dużą, aby wygrać całą wojnę jednym strzałem.

Do podniesienia tej armaty potrzeba było stu tysięcy dźwigów; do przewiezienia jej na front potrzeba było dziewięćdziesięciu siedmiu pociągów. Stragenerał zacierał ręce z zadowolenia i mówił:

— Kiedy moja armata wystrzeli, wrogowie uciekną na Księżyc.

Oto wielka chwila. Armacisko było wycelowane we wrogów. Wypełniliśmy nasze uszy watą, bo huk mógł rozwalić nam błony bębenkowe i trąbkę Eustachiusza.

Stragenerał Bombowik Strzelik Nakawałkidrzelik rozkazał:

— Ognia!

Artylerzysta nacisnął przycisk. I nagle, od jednego końca frontu do drugiego, rozległo się olbrzymie dzwonienie:

Din! Don! Dan!

Wyciągnęliśmy watę z uszu, aby lepiej słyszeć.

Din! Don! Dan! — brzmiało armacisko. I sto tysięcy ech powtarzało w górach i dolinach:

Din! Don! Dan!

— Ognia! — krzyknął Stragenerał po raz drugi. — Ognia, do cholery!

Artylerzysta znowu nacisnął przycisk, i znów uroczysty koncert dzwonów rozprzestrzenił się z okopu do okopu. Wydawało się, że dzwonią wszystkie dzwony naszej ojczyzny. Stragenerał w wściekłości zaczął wyrywać sobie włosy i wyrywał je dopóty, dopóki został mu tylko jeden włos.

Potem nadeszła chwila ciszy. I tutaj z drugiej strony frontu, jak na sygnał, odpowiedziało wesoło, ogłuszająco:

Din! Don! Dan!

Ponieważ warto wiedzieć, że również dowódca wrogów, Śmierszałek Von Bombowik Strzelik Nakawałkidrzelik, wpadł na pomysł zrobienia armaciska z dzwonów swojego kraju.

Din! Dan! — grzmiała teraz nasza armata.

Don! — odpowiadała wroga. I żołnierze obu armii wyskakiwali z okopów, biegli ku sobie, tańczyli i krzyczeli:

— Dzwony! Dzwony! To święto! Nastał pokój!

Stragenerał i Śmierszałek wsiedli do swoich samochodów i uciekli daleko, i zużyli całą benzynę, a mimo to dźwięk dzwonów wciąż ich ścigał.

Gianni Rodari, Bajki przez telefon (ciąg dalszy)

Alicja upada do morza

Pewnego razu Alicja Upadająca poszła nad morze, zakochała się w nim i zupełnie nie chciała wychodzić z wody.

— Alicjo, wyjdź z wody, — wołała ją mama.

— Chwileczkę, już idę, — odpowiadała Alicja. A natomiast myślała: — Będę stała w wodzie, dopóki nie wyrosną mi płetwy i stanę się rybą.

Wieczorem, przed snem, oglądała swoje plecy w lustrze, aby sprawdzić, czy rosną jej płetwy albo chociaż kilka srebrnych łusek. Ale widziała tylko ziarnka piasku, gdy nie wzięła porządnego prysznica.

Pewnego ranka zeszła na plażę wcześniej niż zwykle i spotkała chłopca, który zbierał jeżowce i małże. Był synem rybaków, i jeśli chodzi o morze, to znał je doskonale.

— Czy wiesz, jak stać się rybą? — spytała go Alicja.

— Zaraz ci pokażę, — odpowiedział chłopiec.

Położył chusteczkę z jeżowcami i małżami na skale i zanurkował do morza. Minęła minuta, minęły dwie, chłopiec nie wrócił na powierzchnię. Ale potem na jego miejscu nagle pojawił się delfin, wykonujący salta na falach i wyrzucający wesołe fontanny w powietrze. Delfin zaczął bawić się między stopami Alicji, a ona ani trochę się go nie bała.

Po chwili delfin, z eleganckim machnięciem ogona, uciekł. Na jego miejscu pojawił się ponownie chłopiec z małżami i uśmiechnął się:

— Widziałaś, jakie to łatwe?

— Widziałam, ale nie jestem pewna, że potrafię to zrobić.

— Spróbuj.

Alicja zanurkowała, żarliwie pragnąc stać się rozgwiazdą, ale zamiast tego upadła do środka ziewającego małża, który natychmiast zamknął muszlę, uwięziwszy Alicję i wszystkie jej marzenia.

“No to znowu mam kłopoty”, — pomyślała dziewczynka. Ale co za cisza, co za świeży spokój, tam na dole i wewnątrz. Wspaniale byłoby zostać tam na zawsze, zamieszkać na dnie morza jak syreny dawno temu. Alicja westchnęła. Przyszła jej do głowy mama, która myślała, że ona wciąż śpi w łóżku; przyszedł jej do głowy tata, który właśnie tego wieczoru miał przyjechać z miasta, bo była sobota.

— Nie mogę ich zostawić samych, za bardzo mnie kochają. Tym razem wrócę na ląd.

Zapierając się nogami i rękami, potrafiła otworzyć muszlę na tyle, aby wyskoczyć i wypłynąć z powrotem na powierzchnię. Chłopiec z małżami był już daleko. Alicja nigdy nie powiedziała nikomu o tym, co jej się przydarzyło.

Gianni Rodari, Bajki przez telefon (ciąg dalszy)

Historia królestwa Jadonii

W odległym, starożytnym kraju Jadonii, na wschód od księstwa Dobropicia, jako pierwszy rządził Jadonij Przetrawieniec, tak nazwany, ponieważ po zjedzeniu spaghetti żuł także danie, i je przetrawiał świetnie.

Zastąpił go na tronie Jadonij Drugi, nazwany Trzy Łyżki, bo jadł zupę jednocześnie za pomocą trzech srebrnych łyżek: dwie trzymał w swych rękach, trzecią mu podawała Królowa, i biada, jeśli nie była pełna.

Po nim, w następującej kolejności, wstąpili na tron Jadonii, który został umieszczony u szczytu stołu, ustawionego dzień i noc:

Jadonij Trzeci, nazwany Przystawka; Jadonij Czwarty, nazwany Kotlet z Parmezanem; Jadonij Piąty, Wygłodniały; Jadonij Szósty, Pożeracz Indyków; Jadonij Siódmy, nazwany “Jest więcej?”, który pochłonął nawet koronę — a była, zgadza się, z kutego żelaza; Jadonij Ósmy, nazwany Skórka Sera, który nie znalazł na stole już niczego do jedzenia i połknął obrus; Jadonij Dziewiąty, nazwany Stalowa Szczęka, który zeżarł sam tron ze wszystkimi poduszkami.

Tak dynastia się skończyła.

Gianni Rodari, Bajki przez telefon (ciąg dalszy)

Komiksowa mysz

Myszka z komiksów, zmęczona mieszkaniem między stronami i pragnąca zmienić smak papieru na smak sera, zrobiła mocny skok i znalazła się w świecie myszy mięsnych i kostnych.

Squash! — wykrzyknęła natychmiast, wyczuwając koci zapach.

— Co ona powiedziała? — wyszeptały inne myszy, przerażone tym dziwnym słowem.

Sploom, bang, gulp! — powiedziała myszka, która mówiła tylko w języku komiksów.

— Musi być Turczynką, — rzekła jedna stara okrętowa mysz, która do przejścia na emeryturę służyła na Morzu Śródziemnym. I spróbowała zwracać się do niej po turecku. Myszka popatrzyła na nią ze zdziwieniem i powiedziała:

Ziip, fiiish, bronk.

— To nie po turecku, — stwierdziła nawigatorka. To w takim razie co to jest?

— Licho wie.

Więc nazwały ją Lichowie i odnosiły się do niej jakby do wiejskiego głupka.

— Lichowie, — pytały jej, — wolisz parmezan czy gruyere?

Spliiit, grong, ziziziiir, — odpowiadała komiksowa mysz.

— No jasne! — śmiały się myszy. A maluchy ciągnęły ją za ogon, aby posłuchać, jak protestuje w ten zabawny sposób:

Zoong, splash, squarr!

Pewnego razu myszy wyruszyły na polowanie do młyna pełnego worków pszennej i kukurydzianej mąki. Myszy wbijały zęby w tę mannę i żuły razem, robiąc: krik, krik, krik, — jak wszystkie myszy, kiedy żują. Ale komiksowa mysz robiła: krek, skrek, skererek.

— Naucz się chociaż jeść jak kulturalne osoby, — mruknęła nawigatorka. — Gdybyśmy były na okręcie, już wyrzucono by cię w morze. Czy zdajesz sobie sprawę, że robisz obrzydliwy hałas, czy nie?

Crengh, — powiedziała komiksowa mysz i wróciła do wciskania się w worek kukurydzy.

Wtedy nawigatorka zrobiła znak innym myszom, i cichaczem one wyszły za nią, pozostawiwszy cudzoziemkę na pastwę losu, pewne, że ona nigdy nie znajdzie drogi do domu.

Przez jakiś czas myszka nadal żuła. Kiedy wreszcie zdała sobie sprawę, że została sama, było już za ciemno, by szukać drogi, więc zdecydowała nocować w młynie. Już zasypiała, gdy w ciemności zapaliły się dwa żółte światła, gdy rozległ się złowieszczy szelest czterech łap myśliwego. Kot!

Squash! — powiedziała myszka z drżeniem.

Gragrragnau! — odpowiedział kot. O Boże, to był komiksowy kot! Plemię prawdziwych kotów go wypędziło, ponieważ nie umiał robić miau tak, jak powinien.

Dwoje wygnańców przytuliło się, przysięgło sobie wieczną przyjaźń i spędziło całą noc rozmawiając w dziwnym języku komiksów. Doskonale się rozumieli.